Rekrutacja w Berlinie, czyli dzieli nas przepaść

Szukam w Berlinie frontendowca. Do sklepu internetowego. Wymagania? Nic specjalnego. Oczekuję ogarnięcia, poukładania, zrozumienia JavaScript (nie magika), rozumienia CSS (nie magika). Przed rozmową proszę o napisanie w HTML5 prostego kalkulatora bez użycia zewnętrznych bibliotek. Dodatkowe wymaganie: kod musi implementować wzorce MVC i Publisher-Subscriber. Kod do napisania w domu, więc Google i StackOverflow stoją przed kandydatem otworem. Na rozmowie test pisemny, a w nim, między innymi:

  • co złego jest w <div section-id="section-2" style="width: 25;"></div>
  • jak można uprościć następujący selektor CSS div.my-div span.my-span img#id
  • co zostanie wyświetlone w konsoli i dlaczego po wykonaniu następującego kodu:

Czy wymagam zbyt wiele? Nie sądzę, to wszystko podstawy. Bo co to za programista JavaScript, który nie ogarnia zasięgu zmiennej? Tak czy inaczej, headhunterzy powiadomieni w połowie stycznia, spływają oferty kandydatów. Zadanie programistyczne, spotkanie jeśli poziom odpowiedni i jestem załamany.

Pierwsze problemy już na etapie zadania programistycznego. Nie dość, że 75% nie spełnia wymagań (albo tylko MVC, albo tylko Publisher-Observer, albo żadne z powyższych), to zdarzały się przypadki plagiatów. I to takich bezczelnych. Kilka osób jako swój kod przysłało jakieś wypociny znalezione w internecie. Nawet się nie wysilili aby cokolwiek pozmieniać. Copy, Paste, Send. Gdyby chociaż ten kod spełniał moje oczekiwania…

Odsiani przez sito zadania programistycznego kandydaci przystępowali do spotkania. Twarzą w twarz, lub przez Skype, gdy odległość była zbyt duża. Pasmo rozczarowań. Kandydat albo nie przychodzi, albo nie ma pojęcia czym jest wzorzec projektowy, albo na teście wykłada się jak długi. W pamięci utkwiło mi kilka „specjalnych” przypadków:

  •  rozmowa via skype a kandydatem z innego kontynentu. Nie powiem z którego, bo jeszcze ktoś oskarży mnie o rasizm, różnica czasu uwzględniona, dzwonię. Cisza. Kolejna próba, cisza. Po 15 minutach się poddałem. Trudno, zrezygnował. Dwa dni później niedoszły kandydat odzywa się słowami: „cześć, już jestem, podobno chciałeś ze mną przeprowadzić rozmowę o pracę. już mogę”. I tyle. Żadnego przepraszam, siła wyższa, pies zjadł mi internet. Nic. No cóż…,
  • na samym początku rozmowy kandydat wyjaśnia mi, że on to w sumie jest od backendu i on frontu pisać nie będzie, ale headhunter powiedział, że my też szukamy do backendu, więc on przyszedł…,
  • podczas testu kandydat wstaje, przeprasza, że on tutaj nie pasuje, nie potrafi, to jest za trudno i wychodzi. OK, sprawdzam test. Gdyby nie skreślił kilku dobrych odpowiedzi to byłby w czołówce,
  • pewien dość obiecujący kandydat stwierdził dobitnie, że on używanie średników w JavaScript uważa za antywzorzec i zdecydowanie nie powinno się tego robić,
  • prawdziwym wygranym okazał się bardzo sympatyczny i ogarnięty programista którego chętnie bym zatrudnił, gdyby już na pożegnanie nie  przyznał się, że zadanie programistyczne znalazł w internecie…

Nie była to moja pierwsza rekrutacja, dość regularnie robiłem to w Szczecinie. Była to jednak pierwsza rekrutacja w czasie której regularnie załamywałem ręce. Przyzwyczajony do tego, jak wyglądało to do tej pory, nie spodziewałem się tak żenująco niskiego poziomu kandydatów. I tak wysokiego ich mniemania o sobie.

A na samym końcu wisienka na torcie rozpaczy. Kolega z Polski, pracujący w dziale QA z ciekawości chciał rozwiązać mój test. Zaznaczam, z działu QA, nigdy nie pracujący jako web developer. 10 minut później odchodził uśmiechnięty z najwyższą liczbą zdobytych punktów w „historii”.

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.