Mam poważne zaległości, które dopiero teraz zacząłem nadrabiać: ponad miesiąc temu, w dniach 14-15 czerwca odbyły się Dni Techniki Kolejowej (nie tylko w Szczecinie). Muszę przyznać, że program był ciekawy: zwiedzanie jedynego czynnego w Polsce zwodzonego mostu kolejowego, nastawni, lokomotywowni, wycieczki kolejowe i wszystko za free.
Osobiście wziąłem tylko udział w 1,5 godzinnej wycieczce na zwodzony most kolejnowy w Szczecinie Podjuchach. Ciekawy kawałek techniki, oprowadzający byli na tyle mili, że specjalnie dla nas kilka razy podnieśli i opuścili most, pokazali z każdej strony, wyjaśnili, poopowiadali.
Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie popełnił kilku zdjęć. Kilka poniżej, reszta dostępna tutaj.
Coś mnie dziś naszło na wypróbowanie nowej przeglądarki: Apple Safari. Zainstalowałem, poklikałem, pobawiłem się i… I z jedenej strony mi się podoba ze względu na “inny” UI, wiadomo, Mac. A z drugiej strony, jestem głęboko rozczarowany z kilku prostych powodów:
- Safari jest powolne. Dużo wolniejsze od Firefox 3, Firefox 2, czy nawet IE7. A to znaczy, że Apple kłamie pisząc: “Safari is the fastest web browser on any platform”. Blah… OK, co do IE7 to nie mogę się zdecydować, ale od FF3 jest wolniejsze z całą pewnością
- Co za cholerny designer wymyślił przeglądarkę w której nie da się wyłączyć wygładzania czcionek?! Można tylko zmieniać “intensywność”. Wyłączyć już się nie da, a przynajmniej nie znalazłem. Szczerze? Ta opcja, a właściwie jej brak, dyskwalifikuje Safari w moich oczach.
- Ma problemy z właściwą obsługą JS. Osobiście znalazłem stronę, w której onclick na obrazku powodował wyzwolenie onclick na divie położonym 100px wyżej i 50px w prawo od obrazka w który kliknęliśmy.
- Po dłuższym używaniu stwierdzam jednak, że UI Safari jest bez sensu pod Windows. Może to ma więcej sensu z Mac OS, ale z Windowsem zdecydowanie nie idzie w parze.
Podsumowując: jak ktoś chce spróbować, to proszę bardzo, ale osobiście odradzam. A szefowi projektu Safari w Apple proponuję zastanowienie się nad sensem wypuszczania tej przeglądarki dla Windows. To na dłuższą metę nie ma sensu….
12 i 13 kwietnia 2008 roku odbył się 29 Rajd Magnolii. 12 kwietnia, w sobotę, kierowcy ścigali się na lotnisku w Kluczewie pod Stargardem, a drugiego, w niedzielę, w Szczecinie. Odcinki Szczecińskie zostały rozegrane na Wałach Chrobrego, na Motokrosie na Wojska Polskiego i Jasnych Błoniach. Możliwe, że też gdzieś indziej (Stadion Pogoni?) ale tego na 100% nie wiem w związku z bałaganem organizacyjnym (uczestnicy do niedzieli sądzili, że będą się ścigać na terenie Hondy, choć jasne było, że nie będą, bo właściciel terenu już jakiś czas temu nie wyraził zgody). O bałaganie organizacyjnym można by dłużej pisać, ja sobie daruję. Może jakiś uczestnik to lepiej opisze.
Jako widz uczestniczyłem w etapie na Wałach Chrobrego i krótką fotorelację z tego odcinka można obejrzeć tutaj.
Trochę się obkupiłem fotograficznie
A tak konkretnie: grip do Nikona D80, kabel iTTL i wężyk spustowy. A jak już się obkupiłem to chyba napiszę kilka słów.
Na pierwszy ogień: Delta Battery Pack do Nikona D80.
Battery Pack to dobra rzecz. Dodatkowe zasilanie (2x standardowy akumulator), czy możliwość zasilania aparatu bateriami AA to jedna sprawa. Dla mnie ważniejsza jest jednak poprawa ergonomii. Choć nie mam bardzo dużych dłoni, a Nikon D80 do maluchów nie należy, to jednak przy trzymaniu aparatu czuć pewien dyskomfort. Ten mały paluszek jednak ucieka, nie ma o co go oprzeć. Trzymać się da, ale z wygodą i stabilnością na dłuższą metę niewiele ma to wspólnego. Podobnie przy robieniu zdjęć w kadrze pionowym. Wyginanie ręki i nadgarstka męcz, trudno utrzymać pion i tak dalej.
Tym wszystkim niedogodnością pozwala zapobiec grip, tudzież Battery Pack (czyli grip z miejscem na baterie). Producenci aparatów do swoich modeli ze średniej i wyższej półki wypuszczają battery packi. I chwała im za to. Pamiętać trzeba jednak, że nie są to tanie zabawki. Taki Nikon MB-D80 to ponad 400zł (grubo ponad). Na szczęście istnieją jeszcze Chińczycy produkujące tańsze zamienniki. Zamiennikiem Nikonowskiego MB-D80 jest Delta MB-D80 będąca jego 100% zamiennikiem funkcjonalnym.
W skrócie, Delta MB-D80 dodaje nam następujące funkcjonalności:
- wygodniejszy chwyt przy kadrowaniu poziomym
- możliwość wygodnego chwytu przy kadrowaniu pionowym
- spust migawki przy chwycie pionowym
- przycisk AF-ON będący w rzeczywistości kopią przycisku AE-L/AF-L z body
- oba koła nastawcze
- wyłącznik przycisków i kół battery packa
- możliwość zasilania aparatu dwoma akumulatorami En-EL3e
- możliwość zasilania aparatu sześcioma bateriami lub akumulatorami AA
Czas na krótkie podsumowanie produktu:
- Komfort pracy z aparatem wzrasta. Chwyt jest pewniejszy, aparat mniej drży. Przy kadrowaniu pionowym z i bez BP kolosalna różnica. Na plus oczywiście.
- Nie jest to tania chińszczyzna. Plastik z jakiego jest wykonany BP Delty jest twardy i sztywny, fakturą podobny do plastiku z body D80 (podobny, nie identyczny). Spasowanie elementów stałych jest dobre, nic nie trzeszczy, doskonale “komponuje” się z body
- Wyłącznik suwakowy jest taki sobie, brakuje mu wyraźnego kliku przy przełączaniu
- Spust migawki to chyba najgorszy element całego zestawu. Wciśnięcie do połowy nie powoduje wyraźnego oporu jak typowym spuście. W ogóle nie odczuwa się “kliku”. Choć działa, to nie podoba mi się
- Koła nastawcze wyglądają i pracują jak powinny. Akurat do nich nie mam zastrzeżeń. Zobaczymy jak będzie po pewnym okresie użytkowania
- Miłym akcentem jest miejsce na schowanie klapki baterii. Nie ma szans aby się gdzieś zgubiła
- Koszyk na baterie AA jest z gorszego plastiku niż reszta BP. Ale działa… Nawet żółte styki dali (z pełną premedytacją nie powiem pozłacane)
- Nie podoba mi się mechanizm przykręcania BP do body. Oparty jest on o duże pokrętło i śrubę statywową połączone przekładnią. Nie czuć precyzji podczas łączenia. Osobiście wolałbym nawet mniejsze pokrętło tylko z jednej strony, ale pracujące bez tej przekładni z plastikowymi zębami. Szczerze: obawiam się o nią.
Trzy słowa podsumowania: Battery Pack Delty jest wart swojej ceny. Obecnie kosztuje około 230zł. Jest dwa razy tańszy od oryginału Nikona, a tylko trochę ustępuje mu pod względem wykonania. Jak na razie, nie żałuję!

Swój Battery Pack kupiłem w sklepie www.foto-tip.pl i stamtąd też pochodzi zdjęcie. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, w końcu robię sklepowi darmową reklamę.
Tak się złożyło, iż nie dalej jak kilka dni temu wpadł mi w oko egzemplarz czasopisma “FOTO”. Prasy fotograficznej, ani innej “specjalistycznej” z założenia nie kupuję ani nie czytam, ale w związku z brakiem innego zajęcia zerknąłem co jest w środku z zamiarem przeczytania od deski do deski. Jak pisałem, innego zajęcia nie miałem, a wolnego czasu bardzo dużo. Pozwolę sobie popełnić więc kilka słów na temat tego periodyku.
Pierwszą myślą po przewertowaniu gazety było: “cholera, jaki jest właściwie target tego czegoś?” Pismo niby aspiruje na pismo dla zaawansowanych amatorów, profesjonalistów i artystów. Tylko co w takim piśmie robi tandetny i lecący po ogólnikach artykuł opisujący znaczenie ogniskowej w fotografii z którego nawet amator nie wyniesie nic ciekawego? Trzy strony tekstu, kilka zdjęć i ogólniki typu: długa ogniskowa skraca perspektywę i zmniejsza głębię ostrości (co oczywiście nie do końca jest prawdą, ale trudno). Absolutnie nie pasuje do aspiracji tego czasopisma.
To jednak nie koniec “atrakcji”. Kilka stron newsów, kilka artykułów które pominąłem i przechodzimy do meritum. Otóż magazyn FOTO lubi tak z pół swojej objętości poświęcić na “ciekawe” zdjęcia. Fakt, kilka zdjęć było interesujących i nawet zawiesiłem na nich oko póki nie otworzyłem strony ze zdjęciami człowieka (podobno liczącego się fotografa, ale nie pamiętam) z sesji w Maroku. Pojechał tam, bo chciał coś tam uchwycić. Idea szczytna. A co z wykonaniem? Proszę sobie wyobrazić, że robimy zdjęcia w jakimś ciekawym (z polskiego punktu widzenia) miejscu, następnie otwieramy program graficzny, ładujemy zdjęcie i rozmywamy je ile “fabryka dała”. W efekcie otrzymujemy rozmyte plamy na rozmytych plamach. I tak 12 razy. Przykładowe zdjęcie mojego autorstwa w tej konwencji poniżej:

Ja przepraszam, ale to ma być fotografia z ciekawego miejsca? 12 rozmytych plam? Bez przesady…
OK, kończę wylewanie żalu na periodyk FOTO. Jestem bardzo zadowolony, że nie wydałem na niego pieniędzy, gdyż byłaby to totalna strata. Tak samo, nikomu nie polecam lektury. Panowie, poprawcie się, proszę!!
Poniższy tekst na pewno nie będzie tekstem na czasie (spóźniłem się kilka tygodni), ale trudno. Dnia wczorajszego obejrzałem film Transformers, dnia dzisiejszego napiszę kilka słów na jego temat. Aby nikogo nie męczyć, będzie krótko i treściwie.
Filmów opartych na komiksach i kreskówkach mamy już całe krocie. Trzy części Spidermana (moim zdaniem film w okolicach średniej, da się obejrzeć, ale nie zachwyca), trzy części X-man (raz lepiej raz gorzej, ogólnie powyżej średniej i ogląda się przyjemnie), jakieś Hulki, Fantastyczne Czwórki (akurat tego nie widziałem) i wreszcie przebój tego lata: Transformers. Spora konkurencja? Jak Autoboty i Decepticony wypadną na tle pająków i mutantów? Zobaczmy.
Po pierwsze, trzeba wyjaśnić kto stoi za filmem Transformers. A jest to nikt Michael Bay (reżyseria i produkcja) i Steven Spielberg (produkcja). O ile pana Spielberga nie trzeba nikomu przedstawiać, to najprawdopodobniej Michael Bay jest dla Was mniej znany. A szkoda, bo to dzięki niemu mogliśmy oglądać takie filmy jak: Bad Boys, Bad Boys 2, Wyspa, Pearl Harbor (no, moim zdaniem to mu się średnio udało), Armageddon, czy Twierdza. Dobre kino? Moim zdaniem dobre: dynamiczna akcja, odrobina dobrego humoru, super efekty.
OK, wracamy do samego filmu. Po pierwsze, twórcom Transformers udało się uniknąć dwóch popularnych trendów w kinie hollywoodzkim: szukania pozytywnych cech bohaterów negatywnych i patriotycznego patetyzmu. Źli bohaterowie, czyli Decepticony są złe i już. Ani reżyser, ani scenarzyści nie starali się znaleźć w nich choćby jednej pozytywnej cechy. Tworzy to świetny kontrast względem dobrych autobotów i upraszcza odbiór filmu. Ale lepszy był brak tego patriotycznego patetyzmu: nie dopatrzyłem się dumnie powiewających flag USA, tekstów w stylu “jaka to ta ameryka jest fajna i stoi na straży światowego pokoju”. Czyż to nie miła ulga?
Gra aktorów (piszę o ludziach) nie powala na kolana. Ale to nie szkodzi. Aktorzy są, grają równo, nie razi w oczy brak warsztatu i popelina znana choćby z polskich produkcji. Nie są to wyżyny aktorstwa, ale do dolin też dużo brakuje. No i śliczna Megan Fox…. mniam….
Sam film jest zmontowany niezwykle dynamicznie, akcja jest wartka i wciąga. Co z tego, że fabuła jest prosta jak szyny kolejowe. Ci są dobzi, ci są źli, dobzi biją się ze złymi, źli mają przewagę, ale w sumie dobrzy kopią tyłki tym złym i panuje pokój. Znamy to z setek filmów, ale to szczegół. Historia jest opowiedziana i pokazana tak dynamicznie, że nie ma czasu na skupianie się na prostocie fabuły. Czas spędzony w kinie nie dłuży się (no dobra, pierwsza godzina filmu momentami trochę przynudza). Powiem szczerze, większość filmu przesiedziałem z lekkim karpikiem na ustach czekając na to, co będzie dalej (nie, nie na zakończenie, nie na to czy dobzi wygrają, po prostu co będzie w następnej scenie).
Polecam Transformers każdemu kto ma ochotę na 2 godziny 20 minut świetnej zabawy!