O Kazimierzu Dolnym słów kilka

Jak zapewne dało się zauważyć po ostatnich zdjęciach na blogu, w te wakacje odwiedziłem Kazimierz Dolny zwany także ‚Kazimierzem Nad Wisłą’. Przed wyjazdem słyszałem kilka opinii na temat tego miasteczka, w większości sprowadzały się one do słów: przereklamowany.

Rzeczywiście, Kazimierz Dolny jest przereklamowany. Z punktu widzenia turysty: dwie, trzy godziny w Kazimierzu i widziało się wszystko, można wracać: pochyły rynek, kościół, klasztor, ruiny, krzyże, trochę kiczu i tyle. Nic specjalnego. Taki Szczecin, nie będący żadną atrakcją turystyczną ma dużo więcej do pokazania.

Kazimierzowi trzeba jednak przyznać: jest ładnie położony. Dolina Wisły, wzgórza lessowe, wąwozy, las. Kto lubi ładne widoki ten się nie zawiedzie.

O ile Kazimierz nie przypadł mi do gustu, to Janowiec, miejscowość położona po drugiej stronie rzeki bardzo mi się spodobała. Przede wszystkim, nie ma tylu turystów, handlarzy, kiczu. Zabytków też mniej, ale nie o ilość tutaj chodzi. Jest za to zamek w Janowcu. Ruiny, ale odnawiane, restaurowane, zadbane. Jest dworek, park, spichlerz. I nikt nie wciska tandetnych kogucików z chleba i krówek po 15zł za pudełko…

Analogi magii nie mają…

O duszy i magii aparatów fotograficznych już pisałem. Dziś napiszę jeszcze raz. Krócej, bardziej konkretnie, skrótowo nawet.

Wprowadzenie

W celu wprowadzenia czytelnika w sytuację: coś mnie tknęło i postanowiłem powrócić do analoga, B&W, srebra i tak dalej. Zrobiłem remanent filmów, aparatów, innych szpei. Wyszło na to, że sprawne mam 1 i trzy czwarte zestawu analogowego na film 135:

  • Praktica LTL3 w stanie bdb, tyle że czasami lubi sobie film porysować i miewa problemy z naciągiem
  • Zenit ET, ale nie jestem masochistą i czasami coś mu się z migawką kaszani
  • Canomatic (!), ale jak pisałem, nie jestem masochistą!
  • Nikon F55 prawie funkiel nówka

Nie muszę chyba wyjaśniać czemu wybrałem F55. Z powyższych aparatów zdecydowanie najlepszy, choć to model bardzo, ale to bardzo prosty. Ale jak pod niego podłączyć Nikkona 50mm f/1.8D to mniam, mniam… można zapomnieć o prostocie i cieszyć się doskonałym szkłem! Tak przynajmniej mi się wydawało.

Miejsce akcji

Wziąłem dzień urlopu i w ramach akcji ‚Raz w miesiącu wyrwij się z domu’ pojechałem do Stargardu (o czym może popełnię osobny wpis) na wycieczkę. Jak się okazało Stargard fajne miejsce, więc dziarsko wyjąłem z plecaka Nikona, załadowałem Ilforda i wziąłem się do roboty…

Część właściwa

Magia mnie opuściła, wątpię nawet, czy kiedykolwiek zamieszkiwała mojego F55. Czemu? Bo ja jestem człowiek wygodny, można powiedzieć: leniwy. Lubie kiedy narzędzia mi pomagają, a nie przeszkadzają. A to narzędzie przeszkadzało. Zamiast radośnie robić zdjęcia musiałem zmagać się z ułomnością body. Blokada ekspozycji? Podgląd DOF? Dwa pokrętła? Wygodny uchwyt? Zapomnij… Może body ze średniej klasy mnie zboczyło, a raczej zrobiło wybrednym, ale wbrew temu co twierdzą niektórzy, body też jest ważne. Howgh!

Co ciekawe, podobnych odczuć nie miałem używając ostatnio Lubitela 166, w porównaniu z którym F55 jest mistrzem ergonomii. Czyżby magię mogły mieć tylko analogi bez grama elektroniki w środku? Możliwe…

Wracając do tematu: zdjęcia powstały. Film czeka w lodówce na spadek temperatury otoczenia i nową butelkę octu (ostatnia posłużyła do usuwania kamienia z baterii umywalkowych). Co z nich wyjdzie? To już ta część związana z magią :)

Mam problem z fotografią

Tak, mam problem. Na szczęście nie z fotografią jako taką, a z czytaniem o niej i szeroko pojętą dyskusją. Gdy kilka lat temu zaczynałem przygodę z fotografią, miejsca takie jak pl.rec.foto, pl.rec.foto.cyfrowa, różne fora i portale fotograficzne były dla mnie niczym ziemia obiecana. Swego czasu byłem nawet ich aktywnym uczestnikiem. Później trochę przystopowałem, wróciłem, odszedłem, wróciłem i chyba odszedłem na dobre.

Czemu? Aby nie tracić czasu, będzie w punktach:

  • p.r.f i p.r.f.c zeszło na psy, tak jak jak cały usenet. Nowi nie przychodzą, starzy odchodzą. Ci co zostali dyskutują o szumach i innych absurdanie nieprzydatnych pierdołach
  • fora dyskusyjne mogą się podobać chyba tylko onanistom sprzętowym. Poza dyskusjami typowo sprzętowymi nie dzieje się tam praktycznie nic
  • portale fotograficzne? Temat rzeka. Albo testy sprzętu, które mnie w ogóle nie interesują, albo coś o sztuce przez duże „Sz” której nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem. Generalnie, nie ma tam niczego co jest w stanie mnie zainteresować. Obecnie rozważam usunięcie RSSów portali foto z czytnika, bo i tak je ignoruję

Osobnym problemem są książki dostępne w księgarniach. Bosz… czemu nie ma tam ciekawych książek bez ‚cyfrowa’ lub ‚obróbka’ w tytule? Od dłuższego czasu chodzi za mną chęć kupna jakiejś książki foto. Chodzi, chodzi i chyba nigdy nie dojdzie,  bo nie mam co kupić.

W zasadzie, chętnie czytam tylko kilka blogów: iczka, zawszekwadrata i kilka innych. Chciałbym więcej. Ale nie mogę. Nie mogę znaleźć. Może pomożecie? Może być po angielsku (aha, TOP mi nie pasuje)… ratujcie…

PS. Ma sens to co napisałem? Rzucam mój ulubiony nałóg i ostatnio trudno mi się skupić…..

Dusza aparatu fotograficznego

Dusza – w większości religii oraz w wielu poglądach filozoficznych i kulturowych: substancja ulotna, eteryczna, zjawisko siły ożywiającej ciało, a trwającej nawet po jego śmierci (zależnie od religii przyjmuje się jego występowanie u człowieka i ew. zwierząt). Większość z religii (lecz nie wszystkie) uważa duszę ludzką za niematerialną i nieśmiertelną. Różne są też poglądy poszczególnych religii na temat istnienia i świadomości duszy bez ciała oraz tego, czy każdy ma osobną duszę, czy też jest ona wspólna.

Źródło: Wikipedia

Przeglądając strony internetowe, szczególnie te poświęcone fotografii analogowej, czy starym aparatom, można natknąć się na sformułowania „… ten aparat ma duszę …” , „… dusza aparatu …”, „… aparat z duszą …” i tak dalej w ten deseń. Niekiedy duszą obdarzana jest konkretna technologia, zwykle fotografia B&W w technologii srebrowej. Autorom piszącym o duszy w kontekście fotografii chodzi zwykle o jakieś nadzwyczajne przeżycia związane z używaniem obdażonego ‚duszą’ sprzętu.

Tyle tylko, że według mnie, nie można mówić o duszy przedmiotów. Przedmioty nie mają duszy. To my, ich użytkownicy jesteśmy siłą sprawczą układu operator-maszyna, a nie odwrotnie. To my decydujemy o wykorzystaniu maszyny, my robimy zdjęcie (paradoksalnie, bliżej posiadania duszy jest cyfrówka z wykrywaniem twarzy/uśmiechu niż najwet najstarszy analog). Maszyna jest tylko maszyną, narzędziem wspomagającym człowieka.

Nie neguję, że stare aparaty mają coś w sobie. Ja jednak wolę słowo magia. Tak, stare aparaty mogą zawierać elementy magii czy mocy. Magia może jest przenikać, wpływać na nie, wprowadzać element chaosu. Może wymuszać odprawianie modłów, czy całych rytuałów mających na celu przeciągnięcie mocy na stronę człowieka. Lecz ta magia, moc,  ginie wraz z maszyną. Gdy maszyna ulega zniszczeniu, jej magia odchodzi na zawsze. A dusza jest wieczna.

Fetyszyzm fotograficzny

Fetyszyzm – jedna z wielu pierwotnych form religii, charakteryzująca wiarą w nadnaturalną moc przedmiotów, zazwyczaj związana z oddawaniem im boskiej czci. Według wierzeń w części tych przedmiotów mieszkać mogły dobre lub złe „duchy” (także duchy przodków). Nie ma określonej i usystematyzowanej mitologii, obrzędów, kapłanów oraz świątyń. Nie wymaga składania ofiar i odmawiania modlitwy. Jest kultem indywidualnym. John Lubbock uważał, że wszystkie ludy pierwotne przechodzą przez pewne etapy religijne: ateizm – fetyszyzm – totemizm – szamanizm – bałwochwalstwo (antropomorfizm) – monoteizm.

Źródło: Wikipedia

Fetyszyzm – rodzaj parafilii seksualnej polegający na uzyskiwaniu satysfakcji seksualnej głównie lub wyłącznie w wyniku kontaktu z obiektem pobudzającym – fetyszem.

Źródło: Wikipedia

Chyba każdy fotograf internauta spotkał się kiedyś z napisanym przez niejakiego Kena Rockwella artykułem pod tytułem „Siedem Poziomów Fotografów”. We wspomnianym artykule Ken dzieli fotografów na siedem poziomów: od onanisty sprzętowego do artysty. Oczywiście, onanista jest poziomem najniższym, a artysta najwyższym. Cytując wspomniany artykuł:

Ci mężczyźni […] nie interesują się sztuką ani fotografią, ponieważ nie posiadają duszy. Nie mając duszy, nie potrafią wyrazić swoich wyobrażeń ani uczuć, dlatego też ich zdjęcia – o ile w ogóle jakieś robią – są do niczego.

[…] tak bardzo przejmują się wystawianiem cyfrowych ocen dla różnych rzeczy, że całkowicie zapominają o tym drobnym fakcie, iż aparat czy tabela z wynikiem testów ma niewiele wspólnego z duchem obrazu. Ponieważ tak bardzo interesują się mierzeniem osiągów aparatów, przezwaliśmy ich „onanistami sprzętowymi”.

[…] Mogą cieszyć się z zabawek, takich jak aparaty, dla samej przyjemności ich posiadania. Rzadko, jeżeli w ogóle, korzystają z nich w celach, do jakich zostały stworzone.

[…] Interesują się sprzętem dla samego sprzętu. Zagadają cię na śmierć, jeżeli tylko im pozwolisz. Jednak gdy wyrazisz chęć obejrzenia ich prac, cała odwaga natychmiast ich opuszcza. Mogą także pomyśleć, że chcesz zobaczyć ich aparaty.

Coś w tym jest. Gdzieś w internecie, nie mogę teraz przypomnieć sobie adresu strony, spotkałem się z innym określeniem tej grupy ludzi: fetyszysta. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wtrącił swoich trzech groszy. Moim zdaniem, fetyszysta fotograficzny (sprzętowy) to nie to samo co onanista. Różnica jest kolosalna. Onanista interesuje się tylko sprzętem i jak to z onanistą bywa, z jego działalności nie ma żadnych owoców: cała para idzie w gwizdek.

Z fetyszystą jest inaczej. Fetyszysta fotograficzny czerpie przyjemność z fotografii wykonywanych tylko w jeden sposób. Może to być wybrany aparat, technika, sposób kadrowania, temat. Początkujący fetyszysta z pogardą, a przynajmniej z rezerwą, odnosi się do fotografii i fotografów używających innej techniki niż On. Wychodzi On z założenia, że tylko jego fetysz jest prawdziwy, a inni wyznają fałszywe bóstwa. Doświadczony akceptuje innych i skupia się wyłącznie na swojej miłości. Fetyszystą fotograficznym nie jest osoba lubiąca wybrane sposoby/techniki fotograficzne, czy samo robienie zdjęć. On uznaje swoją i tylko swoją technikę. Czasami, choć niezbyt często, zdarzają się fetyszyści z fiksacją na dwa (czasami trzy) tematy. Iż żywot jest jednak smutny i tragiczny: trawi ich nieustanna wewnętrzna walka pomiędzy fetyszami. Bywają przypadki tragiczne.

Bycie fetyszystą nie jest złe. Fetyszysta ma swój aparat/technikę/temat opanowany do perfekcji i zwykle jego zdjęcia są dobre. Często bardzo dobre, a wrecz genialne. Ich zaletą jest to, że zwykle są niegroźni dla otoczenia. Nie są agresywni, można z nimi rzeczowo porozmawiać, nauczyć się ciekawych rzeczy. Czasami nieświadomie zarażają innych swoim fetyszem. Fetyszysta czasami wykonuje też fotografie inne niż jego ukochane, lecz tylko, gdy życie go do tego zmusi. Zawsze z pogardą. Przykładem mogą być niektórzy zawodowcy. Wtedy staje się też często dziwką z felietonu Kena.

Fetyszy fotograficznych jest wiele. Poniżej lista najbardziej rozpowszechnionych:

  • quadrofilia – kadrują zawsze w kwadracie, często w czerni i bieli, choć zdarzają się też quadrofile chromatyczni
  • argentolizm – wykonują wyłącznie zdjęcia czarno białe techniką srebrową, czyli na klasyczych analogowych materiałach B&W
  • luminofilia – fiksacja zbliżona do argentolizmu. Luminofile wykonują wyłącznie zdjącia B&W, lecz bez znaczenia jest dla nich technologia. Akceptują zarówno techniki analogowe jak i cyfrowe
  • luminoquadrofilia – przypadek szczególny, złożenie dwóch pierwszych fetyszy: wyłącznie zdjęcia czarno białe kadrowane w kwadrat
  • pinholizm – camera obscura to ich żywioł, przypadek szczególny argentolizmu
  • nikonizmcanonizmpentaksizm – dość łagodne fetysze, będące raczej ślepą wiarą w wyznawaną przez siebie markę aparatów fotograficznych
  • fotoszopia – tej fiksacji nie trzeba chyba wyjaśniać, bez fotoszopa ani rusz
  • macrofilia – zdjęcia makro, makro i jeszcze raz makro

To nie są wszystkie fiksacje. Jeśli znasz jeszcze jakieś, podziel się swoją wiedzą z innymi.

A ty, jesteś fetyszystą fotograficznym?

Czy w ZUS można normalnie?

Właśnie. Czy w ZUS można normalnie? Na tak postawione pytanie część osób która miała styczność z tą instytucją pewnie odpowie: nie. Ja też tak uważałem, lecz w piętek częściowo zmieniłem zdanie.

Zacznijmy od początku. Prowadzę firmę, więc co miesiąc odprowadzam do ZUS pewną kwotę pieniędzy. Pieniędzy, których pewnie nigdy w życiu nie zobaczę. Ale mus to mus, więc płacę i nie marudzę za bardzo. Do tej pory miałem to szczęście, że płaciłem stawkę „promocyjną” (w sumie około 300zł miesięcznie). Promocja jednak się skończyła i czas płacić pełną najniższą stawkę (około 740zł). Zakładałem, że skoro kończy się promocja, to raz wyślę ZUS-DRA i będę miał problem deklaracji z głowy (skoro tylko zmieniają się stawki). Okazało się, że nie jest to jednak takie proste. Przez przypadek, odbierając druki deklaracji ZUS-DRA, dowiedziałem się, że nie wystarczy zacząć płacić więcej. Najpierw trzeba się wyrejestrować, później zarejestrować ponownie, raz wypełnić DRA i dopiero wtedy można płacić co się ZUS należy. Moim zdaniem absurd. Gdy podzieliłem się tą myślą z osobą wydającą druki, zostałem odesłany na salę obsługi klientów.

Czytaj dalej