Archiwum

Posty oznaczone ‘Film’

Udany powrót do wołania

Czerwiec 26th, 2009

OK, powrót do samodzielnego wywoływania filmów mam już za sobą. Tym razem udany, jeden film wywołany, wysuszony i pocięty właśnie się prostuje w encyklopedii. Drugi właśnie schnie sobie w najlepsze i czeka do jutra. Na razie są to naświetlenia sprzed kilku lat zawieruszone w lodówce, ale coś mi się wydaje, że wyciągnę analoga i popełnię kilka rolek. Może nawet w średnim formacie, gdyż szkoda, aby zmarnowała się rolka tak zacnego negatywu jak Agfa APX. Mam tylko problem: co z wywołanymi negatywami? W obecnym mieszkaniu, choć dużym, nie mam miejsca w którym mógłbym rozłożyć powiększalnik. Chyba muszę przekonać żonę do lekkiej przeróbki okna w łazience tak, aby można ją było zaciemnić. Co prawda mały obrazek mogę zanieść do labu, ale co ze średnim formatem? Nawet nie biorąc pod uwagę tych filmów, które może naświetlę, mam kilka rolek 6×6 które do tej pory nie trafiły do powiększalnika.

Myślałem o kupnie skanera z opcją skanowania negatywów, ale w kwocie jaką mogę na to wydać nie ma nic sensownego z opcją 6×6. Kiszka… Chyba jednak powiększalnik w łazience. Ktoś wie jak estetycznie zasłonić okno 130×120cm? Jakieś rzepy? Hmmm….

Tak zupełnie przypadko, mieszając co minutę koreksem zastanowiłem się, czemu lubię wywoływać filmy B&W. Myślałem, myślałem i wymyśliłem. Nie z powodu jakiejś mistycznej magii, duszy filmów srebrowych, przekonania, że tylko to jest prawdziwa fotografia, że tak jest trendy, jazzy, czy czoko. Nic z tych rzeczy.

Lubię wywoływać filmy B&W z dwóch powodów:

Po pierwsze, podoba mi się sam proces i jego przygotowanie. Trzeba dobrać recepturę, przygotować składniki, odmierzyć proporcje, przestrzegać rygoru mieszania, zalewania kolejnymi odczynnikami, płukania, patrzenia na zegarek. Do tego świadomość, że jak się pomylę, zdjęcia będą stracone. A jakby tego było mało, te kilkanaście minut odłącza mnie od otoczenia: taki odpoczynek dla przeładowanego niepotrzebnymi bodźcami mózgu.

Po drugie, lubię moment pierwszego spojrzenia na wywołany, jeszcze mokry, negatyw. Ta ciekawość co z tego wyszło, co jest na poszczególnych klatkach (szczególnie jeśli zdjęcia były zrobione jakiś czas temu). Czy ekspozycja była dobra, czy aby właściwie wywołany, co z kontrastem, czy już na negatywie wyłazi ziarno… Ten kto nigdy tego nie robił, raczej nie zrozumie. To tak jak filmem kolorowym oddanym do labu, tylko bardziej intensywnie, gdyż to ja byłem odpowiedzialny za wszystkie etapy: od włożenia filmu do aparatu aż do wyjęcia z ostatniego płukania.

Paweł Fotografia , , , , ,

Nieudany powrót do wołania

Czerwiec 19th, 2009

Coś mnie napadło i po 4 czy 5 latach przerwy postanowiłem wrócić do samodzielnego wywoływania filmów B&W. Nawet znalazłem w lodówce kilka filmów sprzed 4 lat, które czekały (i się nie doczekały) na swoją kolej do wywołania.

Zrobiłem szybki przegląd akcesoriów:

  • wywoływacz – jest (5 letni Rodinal, ale on się praktycznie nie starzeje)
  • koreks – jest
  • utrwalacz – 2 butelki przeterminowanego o 3,5 roku Fomadon U11
  • ocet – jest w sklepie
  • termometr – jest
  • pipeta – jest
  • słoiki się znalazły
  • woda destylowana – brak, ale na początek starczy 2 razy przegotowana kranówa

No i zacząłem… przygotowałem wodę, wyciągnąłem końcówkę filmu, ustaliłem czasy wołania, proporcje chemii i tylko coś mi mówiło, że z utrwalaczem może coś być nie halo. I niestety okazało się, że faktycznie jest nie halo. Choć barwy nie zmienił, to utracił swoje właściwości. Moczenie końcówki filmu przez kilka minut nic nie dało. U11 do wywalenia. Wywoływanie szlag trafił. Mam nadzieję, że jutro jedyny sensowny sklep fotograficzny w Szczecinie będzie otwarty i kupię wywoływacz i zwilżacz…

Ironią losu jest to, że w sklepie fotograficznym dziś byłem, ale szkoda było mi wydać 19zł na U11 myśląc, że ten co mam jeszcze do czegoś się nadaje. Głupi dwa razy traci.

Paweł Fotografia , , , , , ,

Transformers

Wrzesień 11th, 2007

Poniższy tekst na pewno nie będzie tekstem na czasie (spóźniłem się kilka tygodni), ale trudno. Dnia wczorajszego obejrzałem film Transformers, dnia dzisiejszego napiszę kilka słów na jego temat. Aby nikogo nie męczyć, będzie krótko i treściwie.
Filmów opartych na komiksach i kreskówkach mamy już całe krocie. Trzy części Spidermana (moim zdaniem film w okolicach średniej, da się obejrzeć, ale nie zachwyca), trzy części X-man (raz lepiej raz gorzej, ogólnie powyżej średniej i ogląda się przyjemnie), jakieś Hulki, Fantastyczne Czwórki (akurat tego nie widziałem) i wreszcie przebój tego lata: Transformers. Spora konkurencja? Jak Autoboty i Decepticony wypadną na tle pająków i mutantów? Zobaczmy.
Po pierwsze, trzeba wyjaśnić kto stoi za filmem Transformers. A jest to nikt Michael Bay (reżyseria i produkcja) i Steven Spielberg (produkcja). O ile pana Spielberga nie trzeba nikomu przedstawiać, to najprawdopodobniej Michael Bay jest dla Was mniej znany. A szkoda, bo to dzięki niemu mogliśmy oglądać takie filmy jak: Bad Boys, Bad Boys 2, Wyspa, Pearl Harbor (no, moim zdaniem to mu się średnio udało), Armageddon, czy Twierdza. Dobre kino? Moim zdaniem dobre: dynamiczna akcja, odrobina dobrego humoru, super efekty.
OK, wracamy do samego filmu. Po pierwsze, twórcom Transformers udało się uniknąć dwóch popularnych trendów w kinie hollywoodzkim: szukania pozytywnych cech bohaterów negatywnych i patriotycznego patetyzmu. Źli bohaterowie, czyli Decepticony są złe i już. Ani reżyser, ani scenarzyści nie starali się znaleźć w nich choćby jednej pozytywnej cechy. Tworzy to świetny kontrast względem dobrych autobotów i upraszcza odbiór filmu. Ale lepszy był brak tego patriotycznego patetyzmu: nie dopatrzyłem się dumnie powiewających flag USA, tekstów w stylu “jaka to ta ameryka jest fajna i stoi na straży światowego pokoju”. Czyż to nie miła ulga?
Gra aktorów (piszę o ludziach) nie powala na kolana. Ale to nie szkodzi. Aktorzy są, grają równo, nie razi w oczy brak warsztatu i popelina znana choćby z polskich produkcji. Nie są to wyżyny aktorstwa, ale do dolin też dużo brakuje. No i śliczna Megan Fox…. mniam….
Sam film jest zmontowany niezwykle dynamicznie, akcja jest wartka i wciąga. Co z tego, że fabuła jest prosta jak szyny kolejowe. Ci są dobzi, ci są źli, dobzi biją się ze złymi, źli mają przewagę, ale w sumie dobrzy kopią tyłki tym złym i panuje pokój. Znamy to z setek filmów, ale to szczegół. Historia jest opowiedziana i pokazana tak dynamicznie, że nie ma czasu na skupianie się na prostocie fabuły. Czas spędzony w kinie nie dłuży się (no dobra, pierwsza godzina filmu momentami trochę przynudza). Powiem szczerze, większość filmu przesiedziałem z lekkim karpikiem na ustach czekając na to, co będzie dalej (nie, nie na zakończenie, nie na to czy dobzi wygrają, po prostu co będzie w następnej scenie).
Polecam Transformers każdemu kto ma ochotę na 2 godziny 20 minut świetnej zabawy!

Paweł Recenzje / Relacje, Trudno powiedzieć / inne

Switch to our mobile site