Recenzja Fiat Tipo Hatchback 1.6 E-Torq 16V benzyna automat

Po pół roku używanie nowego Fiata Tipo Hatchback 1.6 E-Torq AT z automatyczną skrzynią biegów, chyba przyszedł wreszcie czas na recenzję tego samochodu dla przeciętnego Polaka.

Fiat Tipo zasilany 110 konnym silnikiem benzynowym E-Torq 1.6 i automatyczną, 6 biegową, skrzynią biegów, nie jest propozycją dla lubiących dynamiczną, sportową jazdę. To raczej coś dla potrzebujących w miarę wygodnego środka transportu z punktu A do B. I tutaj sprawuje się całkiem przyzwoicie.
Spalanie 7 litrów na 100 kilometrów przy prędkości 120-130km/h an autostradzie nie uderzy po kieszeni.
Dużo miejsca w środku, duży bagażnik, niezły wygląd zewnętrzny jak i wewnętrzny i to wszystko w rozsądnej cenie. Jak na razie, mój najlepszy zakup samochodowy!

mBank jak chce, to jednak potrafi

Mój poprzedni wpis na temat użyteczności nowego serwisu transakcyjnego mBanku spotkał się z „odrobinę” żywszą reakcją niż oczekiwałem. Nie jest to hit internetów, ale skala jest trochę powyżej moich oczekiwań. Pojawiły się głosy, że hejtuję. Tak, hejtuję ten konkretny produkt. Nie podoba mi się, nie spełnia moich oczekiwań i w obecnej formie nie chcę z niego korzystać. Tak się przy złożyło, że trochę wcześniej ten sam mBank wypuścił nową wersję aplikacji bankowej na urządzenia pracujące pod kontrolą systemu operacyjnego Android. I tym razem mówię: tak!

Poprzednia aplikacja mBanku była, jak by to powiedzieć, słaba. Owszem, działała, lecz no cóż. Nie był to produkt z którego chciałem korzystać. Tutaj skończę opisywać poprzednią wersję, wystarczy. Nowa aplikacja to nie stara po przeróbkach. No nowy produkt, od strony użytkownika zmieniło się chyba wszystko.

Po pierwsze, zrezygnowano z tradycyjnego logowania. Zamiast tego mamy rejestrację urządzenia w internetowym serwisie transakcyjnym i logowanie za pomocą zdefiniowanego przez nas PINu. Plusy? Jest szybciej. Zamiast tradycyjnego identyfikatora i hasła, krótki PIN. Poza tym, autoryzujemy tylko wybrane urządzenia, a nie „cały internet”. W przypadku utraty urządzenia autoryzację możemy odwołać i problem z głowy. Minusy? Kolejne cyferki do zapamiętania. A dalej?

Czytaj dalej

Nowy mBank, czyli nowsze nie zawsze jest lepsze

„Stary” serwis transakcyjny pierwszego polskiego banku wirtualnego mBank miał jedną podstawową wadę: był brzydki. Jednak trudno aby mógł być uznany za ładny, skoro, jeśli nie liczyć kilku drobnych zmiany, wyglądał tak samo przez ponad dekadę. A to co wyglądało dobrze w roku 2000, w 2013 raczej nie będzie uznawane za mistrzostwo designu. Ktoś w mBanku też to zauważył i pół roku temu zostaliśmy uszczęśliwieni, dobrze, że nie na siłę, nowym mBankiem. Kolorowym, animowanym, zgrywalizowanym i zdobywającym nagrody branżowe cudem na miarę XXI wieku. I wszystko było by pięknię, gdyby nie fakt, że coś chyba nie wyszło…

Jestem tak zwanym „early adopter”, lubię nowości, nie ma problemu ze zmianą. Jednak bank to bank, a nie portal społecznościowy i od samego początku nie byłem przekonany do funkcjonalności nowego systemu transakcyjnego. Integracja z Facebook? Odznaki? Halo halo, to jest bank, poważna instytucja. Używam go z pewnych ściśle określonych powodów, a nie do zdobywania odznak. Rola early adopter jednak zobowiązuje i postanowiłem dać mu szansę. Przez 6 tygodni korzystałem wyłącznie z nowego serwisu, ucząc się miejsc w których projektanci schowali używane przeze mnie funkcje. W sobotę poddałem się z opinią: z nowego serwisu transakcyjnego nie da się korzystać.

Czytaj dalej

Przebudowa CH Ster w Szczecinie

 

Przebudowa CH Ster (dawniej King Cross), jednego z najstarszych centrów handlowych w Szczecinie zakończona. Tak przynajmniej twierdzi zarządca obiektu. I ma rację, tyle, że nie do końca. Ale po kolei, co się zmieniło? Dużo:

  • jaśniejsze kolory, 
  • lepsze oświetlenie,
  • nowa posadzka,
  • nowa i kolorowa fasada.

O ile do zmiany szaty kolorystycznej, oświetlenia i posadzki, jak i ogólnego wrażenia z przebudowy, nie mam zastrzeżeń, to nowa fasada wywołuje mieszane odczucia. Z jednej strony, coś nowszego, weselszego i ciekawego. Z drugiej, hmm, nie do końca wiem po co i dla kogo.

Przestrzeń pomiędzy fasadą i właściwym budynkiem jak na razie straszy. Kostka brukowa i iglaki w doniczkach. Połowa iglaków, jak znam życie, do lata uschnie, bo te doniczki duże to nie są. Mam nadzieję, że brak ławek, stolików i innej infrastruktury jest tymczasowy, a uzyskane miejsce zostanie wykorzystane w ciekawy i użyteczny sposób. Tyle dobrego, że projektant nie poszedł w ślady twórców niechlubnej „Alei Kwiatowej” i każdy iglak nie ma swojej własnej skrzynki energetycznej. Poczekajmy od wiosny.

Przy okazji, likwidacji uległa droga biegnąca przy ścianie centrum handlowego. OK, nie ma sprawy. I tak jazda tamtędy nie miała większego sensu. Droga po drugiej stronie parkingu była po prostu szybsza i wygodniejsza. Tyle tylko, zmniejszeniu uległa także ogólna liczba miejsc parkingowych i łatwość parkowaniu, wjazdu i wyjazdu. A była to, moim zdaniem, jedna z największych zalet CH Ster. Po prostu, miejsce parkingowe zawsze było, a wjazd i wyjazd były raczej formalnością. Czy teraz będzie równie dobrze? Trzeba poczekać do Wielkanocy i poprzedzającego ją szaleństwa zakupów.

Centrum Handlowe Ster Szczecin
Centrum Handlowe Ster Szczecin
Centrum Handlowe Ster Szczecin

1000 lat po Ziemi

Parafrazując Harrego z jednego z moich ulubionych sitcomów „Trzecia planeta od słońca”: „są trzy rodzaje filmów: dobre filmy, złe filmy i filmy których nie widziałem”. Dzisiejszego wieczora film „1000 lat po Ziemi”, czyli w oryginale „After Earth” awansował z trzeciej do drugiej kategorii.

Po kolei. Lubię filmy SciFi. Bo co tu nie lubić, a bohater dzisiejszego wpisu zdecydowanie jest filmem SciFi. Lubię także Willa Smitha. Bo co tu nie lubić. Will Smith dobrym aktorem jest i dobre filmy na jego koncie to potwierdzają. Lubię też kiedy fabuła niesie ze sobą powiew świeżości. A także kiedy film trzyma się kupy, aktorzy są obsadzeni we właściwych rolach, reżyser ma pomysł i wie jak go zrealizować, a film (już to raz napisałem) trzyma się kupy. I szkoda tylko, że prawie wszystkie te rzeczy zawiodły w przypadku „After Earth”.

Czytaj dalej

2 godziny i 49 minut których nikt mi nie odda

Lubię czytać. Lubię też oglądać filmy. Nie lubie, z założenia, filmów opartych na książkach które przeczytałem i które mi się podobały. Bo bądźmy szczerzy, ciężko jest nakręcić dobry film na podstawie dobrej książki. Najczęściej powstaje płaski twór okrojony z większości smaczków, wątków i tych drobnostek, które czyniły książkę wartościową.

Oczywiście, od tej reguły są wyjątki i czasami powstaje film równie dobry, a może i lepszy niż książka. Przykład? Proszę bardzo, „Skazani Shawshank”, „Zielna mila”, czy też Trylogia Tolkiena. I właśnie o Tolkienie, Peterze Jacksonie i pierwszej części Hobbita będę dalej pisał.

Trylogia Tolkiena. Epickie trzy książki (OK, pierwsza trochę nudnawa) i trzy równie epickie filmy. Nic dodać, nic ująć. A do tego „Hobbit, czyli tam i z powrotem”. Taki prolog do „Władcy Pierścieni” można powiedzieć. Ot książka. Około 250 stron, może mniej, pisane raczej prostym językiem, raczej bez wątków pobocznych. Idealne dla dzieci. Idzie hobbit na przygodę i wraca do domu gdy przygoda już się skończyła. Happy End.

I teraz pojawia się Peter Jackson i ekranizuje Hobbita. I co? Chyba coś nie wyszło. Kilka dni temu obejrzałem pierwszą część. A raczej próbowałem się zmusić, bo powiem uczciwie, nie dałem rady. Po mniej więcej godzinie już tylko monitorowałem ścieżkę dźwiękową i jak działo się coś ciekawszego, to się przełączałem na audio-wideo.

Dlaczego? Co nie wyszło. Czemu film się nie klei? Chyba głównie z powodu kryzysu tożsamości. Do chwili obecnej nie mogę się zdecydować, czy był to film na dorosłych, czy dla dzieci. No niby dla dorosłych, ale piosenka, popisy żonglerki krasnoludów i część postaci krasoludów zupełnie nie pasują do „dorosłego” filmu. Podobnie jak trole co to się w kamień zamieniły. Z dugiej strony, sceny walki nie do końca pasują do filmu dla dzieci. Więc dla kogo to jest film? Nie wiem.

Tak czy inaczej, pierwsza część Hobbita jest po prostu słaba. Słaba i za długa. Stracone 2 godziny i 24 minut których już nigdy nie odzyskam. A drugą część obejrzę za rok. Może. A może nie. Na pewno nie będzie to film na który czekałem. Nie tym razem…

Dlaczego GTA V nie jest grą roku

Co tu dużo pisać, GTA V to hit ostatniego miesiąca. A najprawdopodobniej i roku. O grze, rozmachu, fabule i Trevorze napisano już tyle, że nie sposób wszystkiego przeczytać. Prawie wszyscy są zachwyceni. Część hejtuje, głównie właśnie za postać Trevora. Bo Trevor psychopatą jest, momentami uroczym, momentami przebija się przez niego więcej humanizmu niż można by było oczekiwać. Ale tak czy siak, jest porąbanym psychopatą i kropka. Ten wpis nie będzie jednak o Trevorze, lecz o tym, dlaczego GTA V nie jest grą roku.

Nie wychowałem się na GTA. Jestem na to trochę za stary. W „jedynkę” pogrywałem. Dwójka mnie omięła. Podobnie jak GTA III. GTA Vice Vity przeszedłem i byłem nią zachwycony. Później było GTA San Andreas i był to strzał w dziesiątkę. Tygodnie spędzone w fantastycznym sandboxie. I fabuła też przypadła mi do gustu. GTA IV mnie ominęła, nie miałem wtedy konsoli, a później moja uwaga była skierowana w inną stronę i nie miałem czasu na gry komputerowe. Minęło kilka lat i pojawia się GTA V. I co? I oczekiwałem czegoś innego.

Pierwsze chwile zwiątpienia miałem już w momencie otwarcia pudełka i spojrzenia na mapę. Zaraz, zaraz… ja to chyba już gdzieś widziałem. Wyspa, miasto na dole, port, lotnisko, dzicz trochę wyżej, później znów jakaś „cywilizacja” i droga dookoła wyspy. Hmmmm… no jak nic San Andreas. Ziom o imieniu Franklin i kolejne skojarzenia z San Andresa. Michael wyglądający jakby prezyjechał z Vice City. Samochody, samoloty, helikoptery, pościgi, „nawałka” z policją… to wszystko już kiedyś było.

I to jest właśnie powód, dla którego GTA V nie zasługuje na miano gry roku, czy czegoś w tym stylu. GTA V jest odgrzewanym kotletem. OK, bardzo smacznym, ładnie podanym, takim dla kórego warto pójść do kanjpy która go podaje, ale ciągle odgrzewanym kotletem. A świeża sałatka w formie łodzi podwodnej nie robi z niego nowego dania.

Nie zmienia to faktu, że GTA V jest bardzo dobrą grą, super zabijaczem wolnego czasu i prawie że obowiązkową pozycją dla każdego gracza. Brakuje jest jednak tego czegoś. Czegoś, co odróżniało by ją od starego GTA San Andreas.