image

Wczoraj wieczorem Google uraczył mojego Nexusa 4 aktualizacją do Androida 4.4.3.
Zdecydowanie nie jest to znacząca aktualizacja i jak do tej pory znalazłem tylko jedną różnicę wizualną : poprawiony dialer. Jeśli więc twój telefon jej nie dostanie, to nie ma co załamywać rąk.

Dziś będzie o tym, czy warto awansować. Wpis polecany ludziom z IT, szczególnie programistom bez dłuższego doświadczenia.

Właśnie, awans. Pracujesz w zespole, ktoś Cię docenia i proponuje awans. Nie będziesz już zwykłym klepaczem kodu, staniesz się kierownikiemleadem, a może i PMem (ja też kiedyś naiwnie myślałem, że naturalną drogą kariery programisty jest zostanie kiedyś PMem). Tylko zanim radośnie krzykniesz „tak, chcę tego, dziękuję szefie” odpowiedz sobie na kilka pytań:

  • jakie nowe obowiązki będą na tobie spoczywać?
  • jakie nowe prawa otrzymasz wraz z nowym stanowiskiem?
  • czy nowe stanowisko będzie w umowie?
  • czy dalej będziesz wykonywał pracę którą robisz obecnie, a nowe obowiązki będą wartością dodaną?
  • czy nowe stanowisko jest prawdziwe, a nie jest tylko rodzajem substytutu podwyżki, czy prawdziwego awansu?
  • czy w związku z nowymi obowiązkami liczba obecnych zadań ulegnie zmniejszeniu?
  • czy dostaniesz podwyżkę?
  • czy jesteś gotów na poganianie swoich podwładnych (tak, tak, czasami trzeba podwładnego pogonić, czy zwyczajnie opierniczyć, choć jeszcze miesiąc temu chodziliście razem na piwo)?
  • czy jesteś gotów na dodatkową dawkę stresu?
  • czy Twoja wizja Ciebie na nowym stanowisku jest aby na pewno zbieżna z wizją przełożonych?
  •  czy, tak zwyczajnie, warto?

Punktów liczyć nie będziemy, po prostu zastanów się dwa razy. Ale moja rada jest taka: jeśli nie ma podwyżki lub awans skutkuje głównie nowymi obowiązkami, to sobie zwyczajnie odpuść. Raczej nie będziesz zadowolony.

2012-02-020

Mniej więcej rok temu zachciało mi się roweru szosowego. Takiej klasycznej, a może nawet retro, kolarzówki. Majsterkować lubię, więc wybrałem drogę pod górkę, czyli najpierw zdobywam starą ramę, a później będę martwił się resztą.

rama rowerowa

Rama była, niestety, w dość kiepskim stanie, więc jedyną sensowną opcją było piaskowanie i malowanie proszkowe. Na żółto. Jaskrawa, kanarkowa żółć.

Pomalowana rama rowerowa

Lakiernik farby nie żałował, co niestety miało złe strony. Ale o tym dowiedziałem się dużo później. Później nastąpił mały kryzys i rower poszedł w odstawkę. Utrata pracy, przeprowadzka do Berlina i wreszcie zima nie sprzyjały budowie kolejnego roweru.

Nadeszła wiosna i Projekt Szerszeń ruszył z kopyta. I natychmiast natknął się na pierwsze problemy. Po pierwsze, rama nie ma oporów pod przednią przerzutkę. Po drugie, brak otworu pozwalającego na montaż ślizgu. Po trzecie, rura podsiodłowa wchodzi lekko do mufy suportu, co uniemożliwia zastosowanie standardowych wkładów suportu. A po trzecie, farba zalała gwinty. Nie chcąc przesadnie kombinować musiałem podjąć decyzję: nie będzie przedniej przerzutki, a korba będzie na łożyskach zewnętrznych. Padło na Shimano Alfine S500 39T. Plus usługa gwintowania mufy.

Shimano Alfine S500 39T

Ale udało się. A dalej poszło jak z górki:

  • czarne koła 28″,
  • z tyłu 5 rzędowy wolnobieg,
  • opony 700x28C,
  • kierownica klasyczny baranek z czarną owijką,
  • szosowe klamki Tektro,
  • siodło Selle Royal Classic Mach,
  • i cała reszta według potrzeb

I tylko hamulce nie doszły na czas. A efekt? Mi się podoba:

rower szerszeń rower szerszeń rower szerszeń shimano tourney rower szerszeń manetka przerzutki

Hamulce powinny dojść na dniach, więc w długi majowy weekend pierwszy test Szerszenia. Powinno być dobrze.

 

Startup i innowacja to dziś słowa klucze. Gdzie się nie obrócić startup to, innowacyjny startup tamto. Sytuacja rozwinęła się tak bardzo, że powstał nawet nowy zawód. Nazywa się on „startuper”.

Kim jest startuper? To człowiek, który robi startupy. Tak zwane „internety”. Czyli, wpada na pomysł (albo ktoś wpada za niego) i robi
startupa. Coś jeszcze? W sumie to nie, bo przecież powszechnie wiadomo, że warunkiem wystarczającym na powstanie startupa jest pomysł i innowacja. Wszystko inne jest mało istotne. Czasami przydaje się jeszcze MVP, ale to wyjdzie w praniu.

A jak to się kończy? Cóż, rynek jest jaki jest, czyli trudny. Szanse startupera na powodzenie są raczej znikome. Albo nie będzie użytkowników, albo użytkownicy nie będą chcieli płacić (czyli problem monetaryzacji) albo koszty będą zbyt wysokie. I koniec końców, nastąpi smutny koniec.
Rynek sam z siebie jest trudny, ale czytając i słuchając niektórych „startuperów”, wydaje mi się, że ich głównym będem było ulegnięcie euforii związanej ze słowem startup i zapomnienie, że model biznesowy polegający na zdobyciu użytkowników i sprzedaniu się komuś innemu to nie jest model biznesowy. Ta sztuczka czasami się udaje, ale za rzadko aby rozważać ją jako prawdziwy pomysł na biznes. A z reklam się nie utrzymasz, lata dziwięćdziesiąte minęły.

Więc proszę Cie, przyszły Startuperze, zanim zaczniesz, zastanów się dlaczego ktoś miałby ci płacić za usługę którą chcesz dostarczać. Czy to co oferujesz niesie ze sobą wymierną wartość? Bo na prawdę, nie chce mi się wysłuchiwać kolejnego „startupera”, któremu nie udały się trzy „internety” i właśnie zabiera się za czwarty, opowiadającego o tym jak nie robić startupów. Może te trzy porażki to znak? Kto wie…